Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kauppatori. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kauppatori. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 sierpnia 2013

Zwiedzanie stolicy Finlandii rozpoczęłyśmy od Temppelin kirkko (Lutherinkatu 3), czyli stosunkowo słynnego ,,Kościoła w Skale''. Nie jestem fanką kościołów w ogóle, ale naprawdę cenię te protestanckie za minimalizm i skromność. Symbole wiary są w nich zawsze bardzo dyskretne i nie biją po oczach z każdej strony. 

Temppelin kirkko

Najpopularniejszy klub jazzowy w Helsinkach - Storyville

Spacerując doszłyśmy do Hakaniemen Kauppahalli (Hämeentie 1a). W wybudowanej w 1914 roku Hali Targowej można zakupić oraz skosztować wielu potraw i przysmaków kuchni fińskiej, a także nabyć różnego rodzaju krajowe rękodzieła.

Okolice Hakaniemi. Niestety zapomniałam sfotografować samą halę...

Po drodze wstąpiłyśmy na moment do Kaisaniemen Puutarha (Ogrodu Botanicznego Kaisaniemi, Unioninkatu 44). Płatną oranżerię darowałyśmy sobie.




Dalej podążyłyśmy w stronę najbardziej charakterystycznego budynku Helsinek – Helsingin tuomiokirkko. 

Słynna Katedra znajduje się na Senaatintori (Placu Senackim), a schody do niej prowadzące szczególnie w godzinach popołudniowych przyciągają nie mniej ludzi niż jej wnętrza. :)




Kilkaset metrów dalej znajdował się już najpopularniejszy w Helsinkach rynek – Kauppatori. Po przejściu go wzdłuż i wszerz skierowałyśmy swoje kroki ku ulicy Aleksanterinkatu i parkowi Esplanadi, który latem jest bardzo chętnie wybierany przez helsińczyków jako miejsce na piknik.
Przekąsiłyśmy coś niewielkiego w Kappeli (Eteläesplanadi 1) i wróciłyśmy do Espoo, gdyż po południu czekała nas jeszcze podróż do domku letniskowego w Iitti.





piątek, 9 sierpnia 2013

Wszystkie smaki lata!


Mimo że uwielbiam być i żyć w Finlandii, to za każdym razem bardzo cieszę się na przyjazd do Polski. Największą tęsknotę/nostalgię odczuwam właśnie późną wiosną i latem, kiedy polska przyroda i natura ma tyle do zaoferowania. Nie twierdzę tym samym, że fińska nic nie ma. Owszem, ma i to dużo, ale jest zupełnie inna niż nasza rodzima. Wczesnym latem tęsknię zwłaszcza za klasycznym polskim targiem: drobnymi, lokalnymi rolnikami sprzedającymi owoce i warzywa; starymi, polskimi Żukami dookoła których rozstawione są najrozmaitsze gatunki i sadzonki kwiatów; babciami z kilkoma koszykami jajek od swoich szczęśliwych kurek; stoiskami z domowej roboty białymi serami, niepozornie wyglądającej przyczepy kempingowej, w której znajdziemy przepyszne chałki i inne słodkie wypieki... Mogłabym tak wymieniać i wymieniać. W Finlandii nie rozczulę się na widok dziadka siedzącego na skwerku i sprzedającego pęczki koperku. Takich dziadków po prostu tu nie ma. 
Same targi odbywają się w wielu fińskich miastach, ale są zazwyczaj niewielkie i sezonowe (w Helsinkach najpopularniejszy jest Kauppatori, ale jest to market bardzo turystyczny, więc i ceny są dużo wyższe niż zazwyczaj). Doceniam fakt, że i tam można kupić warzywa, owoce, domowej roboty chleb i słodkie bułki, ale i tak daleko mu do polskiego. :) Po prostu idea czegoś takiego jak targ nie jest tu chyba aż tak rozpopularyzowana jak w Polsce. Dziwi to trochę kiedy przypomnimy sobie, że Finlandia bardzo długa była krajem rolniczym.
Ja jadąc do Polski miałam listę tych smaków lata, którymi chciałam się nacieszyć na kolejne miesiące. :) W tym miejscu nie mogę pominąć milczeniem polskiej kuchni, która też jest jedyna w swoim rodzaju i dla której to częściowo jechałam do domu. :)

Do Wyszkowa dotarłam w czwartek późnym wieczorem. Mama powitała mnie kolacją, na którą tylko u nas mogę liczyć: babcinymi kotletami mielonymi z indyka (najlepszymi!), ziemniakami z koperkiem, fasolką szparagową od babci z ogródka z tartą bułką i mizerią ze śmietaną. Pychota!

W piątek z samego rano poszłyśmy z mamą targ. Chciałam napatrzeć się na ten charakterystyczny zgiełk panujący w tego typu miejscach. Kupiłyśmy oczywiście wszystko to na co moje oczy miały ochotę, między innymi: młodą wołowinę, botwinkę, młodą kapustkę, koperek, szczypiorek, wiśnie, maliny, borówki, morele, owoce ufo, jagodzianki i chałkę. Co za radość, cały dzień dogadzałam swojemu podniebieniu. :)

Pobyt minął w zasadzie na beztroskim cieszeniu się polskim latem i jedzeniu sezonowych rarytasów. Prawie każdego dnia jeździłam z Dominiką na wieś do babci i Deksia, wylegiwałam się na kocu i nadrabiałam zaległości w polskiej prasie. Pojeździłam też na rowerze, pograłam w badmintona. Zaliczyłam letnie grillowanie. Mama zrobiła mi na wyjazd domowe powidła z czerwonej porzeczki, malin i wiśni, a ja z kolei pojadłam trochę sezonowych owoców prosto z krzaczków:

borówek...
malin...
czerwonej porzeczki...
czarnej porzeczki...

Na śliwki sobie po prostu popatrzyłam, ponieważ nie były jeszcze bardzo dojrzałe.

Towarzyszył nam cały czas Rudasek....
i Deksik, który po moim wyjeździe podobno bardzo zasmakował w jedzeniu malin! :)

Wejście do domu babci


Malutki fragment ogródka :)